[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bombonierkę z kartkami do ojca.
Kartki miały przypominać o straconych możliwościach, a
teraz usprawiedliwiać decyzję o zamieszkaniu w Seattle. Po
przeczytaniu maszynopisu zaczęła jednak zastanawiać się nad
tym, czy uciekając od Jacka, nie zaprzepaści najważniejszej
szansy.
Książka opowiadała o przeżyciach amerykańskiego
studenta w Afryce, w kraju rozdartym i niszczonym przez
plemienne waśnie. Młody człowiek był świadkiem strasznych
okrucieństw, bezlitosnej rzezi niewinnych, niszczenia wiosek.
W zderzeniu z tamtejszą rzeczywistością jego idealizm został
rozbity w proch i pył. Narrator widział dzieci umierające z
głodu, dzieci z bronią w ręku, kaleki bez rąk i nóg. Na
dziennikarstwie uczono obiektywizmu, lecz ten idealista nie
potrafił beznamiętnie i chłodno pisać o krzyczącej
niesprawiedliwości. Chciał z nią walczyć.
Wyjechał z Afryki rozczarowany, bez złudzeń, i wzniósł
mur między zewnętrznym światem i swoim. Wrócił do
rodzinnego miasteczka, w którym nikogo nie morduje się z
powodu nienawiści etnicznej. Został nauczycielem, bo -
wierzył, że jedyna droga prowadząca do ulepszenia świata
wiedzie przez kontakt z przyszłością, którą zbudują nasze
dzieci.
Ellin przytuliła maszynopis do piersi. Nie wątpiła, że
powieść jest autobiograficzna i Jack przelał na papier swą
duszę. Mógł tak poruszająco i prawdziwie opisać okrutne
wydarzenia, bo na własne oczy widział skutki wojny.
Nic dziwnego, że nie chciał o tym mówić. Jego siła nie
polegała na narzucaniu poglądów, lecz na prowadzeniu innych
ku zrozumieniu przez dawanie przykładu. Ellin zawstydziła
się, ponieważ uważała, że Jack marnuje talent w takiej
mieścinie jak Waszyngton. Sądziła, że on za mało robi, a
tymczasem osiągnął to, do czego większość ludzi
bezskutecznie dąży, a mianowicie wcielał w życie swe ideały i
przekonania.
Wróciła do ostatniej strony i na głos przeczytała fragment,
w którym narrator wyjaśnia swój wybór, przywołując słowa
Ralpha Saldo Emersona: Należy śmiać się dużo i często;
zdobyć szacunek inteligentnych ludzi i miłość dzieci...
zostawić po sobie trochę lepszy świat... wiedzieć, że dzięki
nam przynajmniej jednej osobie żyto się lżej. To dowód, że się
powiodło.
- Ellin? - Pani Boswell uchyliła drzwi. - Czy Lizzie jest u
ciebie? - Zdrzemnęłam się trochę, a teraz nie mogę jej znalezć.
- Chyba bawi się w swoim pokoju.
- Nie.
- Jest zła, bo wyjeżdżamy do Seattle i pewno gdzieś się
schowała.
Ellin przeszukała cały dom, nie znalazła córki i ze strachu
oblała się zimnym potem.
- Chodz tu! - zawołała pani Boswell głosem mrożącym
krew w żyłach.
Ellin wbiegła do kuchni i pytająco spojrzała na śmiertelnie
bladą staruszkę.
- Patrz, drzwi są otwarte. Lizzie wybiegła nie ubrana.
Musimy szybko ją znalezć, bo idzie mróz.
- Babciu, zostań tu i czekaj, bo może Lizzie zaraz wróci.
Zadzwoń na policję i powiedz, że zginęło dziecko w
czerwonej piżamce. Im więcej ludzi będzie szukać, tym
prędzej znajdziemy.
Narzuciła kurtkę i wybiegła z domu.
Jack leżał na kanapie, obracał w palcach pierścionek i
zastanawiał się, co z nim zrobić. Po długim namyśle
postanowił zatrzymać go jako kosztowne wspomnienie
niedorzecznych marzeń, które się nie ziściły. Z rozmyślań
wyrwał go sygnał krótkofalówki. Wysłuchał komunikatu,
machinalnie wsunął etui z pierścionkiem do kieszeni, pobiegł
do samochodu i pojechał na Dogwood Street.
Zastał Ellin bliską załamania, więc objął ją przyjacielskim
gestem i zapewnił, że Lizzie się znajdzie. Gdy zgłosił się drugi
ratownik, poprosił go, by zorganizował akcję, i wyszedł z
Ellin.
Na poszukiwanie Lizzie ruszyła połowa miasta: młodzi
chodzili od domu do domu, pani Kendall ze znajomymi pytała
w sklepach i biurach, strażacy i ochotnicy przeszukiwali
określone rewiry. Nikt nie widział dziecka w piżamie. Po
godzinie nawet Jack zaczął się niepokoić, lecz nadal pocieszał
Ellin.
- Na pewno ktoś ją wypatrzy.
- Jest mróz, a ona tak lekko ubrana. Co będzie, jeśli nie
znajdziemy jej przed zmierzchem?
- Powiedziałem, że znajdziemy, prawda?
- A może ją porwano? Nie daruję sobie, jeśli spotka ją coś
złego.
- Opanuj się. W Waszyngtonie nie porywa się dzieci.
Lizzie po prostu wyszła z domu i zabłądziła. Nic jej nie grozi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • spraypainting.htw.pl