[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Chłopak złapał pętlę, która właśnie się pojawiła, i Edwin bez ceregieli posłał go w próżnię. Salim miał
zaledwie czas wydać okrzyk zdumienia, a już Artis i mistrz Duom pomagali mu się uwolnić. Po chwili
dołączyła do nich Camille.
Znajdowali się przy wejściu do korytarza, zaledwie wystarczająco wysokiego, żeby mogli się w nim
wyprostować. Na jego końcu widoczne było nikłe światło. Nad ich głowami rozległ się nagle hałas i
kamień, wielki jak piłka, spadł u stóp Salima. Edwin, nadal niewidoczny, bardzo brzydko zaklął.
- Dwa! - rzuciła Ellana. - Beze mnie zostałaby z ciebie miazga!
Salim rzucił Camille zdumione spojrzenie.
- Dwa? - zapytał. - Opuściłem jeden odcinek?
Jego przyjaciółka nie odpowiedziała. Edwin i Ellana dołączyli do nich. Młoda kobieta uśmiechała się
szeroko. Edwin mruknął coś, niezadowolony, po czym podał Salimowi sznur hulmski i wszedł do
wąskiego przejścia.
- Pospieszmy się - wymamrotał.
Podziemne miasto Al-Poll, na swój sposób, było prawie równie piękne jak Al-Jeit.
Zbudowane zostało w grocie o niewiarygodnych rozmiarach. W jasnym świetle, bez określonego
zródła, uwydatniającym najmniejsze uwypuklenie, ku skalnemu sklepieniu wznosiło się mnóstwo
wież. Wyciosane były z kamienia, każda o niebywałych proporcjach i niezwykle śmiała. Podłoże
stanowiła jednolita, zeszklona marmurowa płyta. Odgłos stąpających po niej rozbrzmiewał echem w
całkowitej ciszy.
Edwin wskazał dużą budowlę zwieńczoną kopułą.
To Akademia Rysunku, nieprawdaż, Duom?
- Tak. Jeżeli Skrzepli naprawdę są w Al-Poll, istnieje szansa, że znajdziemy ich właśnie tam.
Serce Camille zabiło mocniej. Zbliżali się do celu.
Edwin poprowadził ich labiryntem alej, które biegły pomiędzy wieżami, aż do miejsca, w którym
pojawiła się" przed nimi przepaść. Przecinała miasto na pół, jak cięcie gigantycznej brzytwy. Szeroka
na sto metrów, zagłębiała się pionowo w całkowitej ciemności. Wisiało nad nią dziesięć mostów o
harmonijnych kształtach, które przypominały Auk na Pollimage. Pospieszyli w kierunku najbliższego.
Właśnie do niego dochodzili, kiedy Camille poczuła, że sferograf w jej kieszeni zadrżał. Coś
podobnego wydarzyło się jedynie raz, kiedy...
Krzyknęła ostrzegawczo. Salim doskoczył do niej, Edwin i Ellana odwrócili się. W odległości
dwudziestu kroków pojawiły się cztery wysokie, ciche i śmiertelnie grozne postacie. Ts'żercy!
Camille chciała się odezwać, ale raptem dosięgła ją moc tych stworzeń. Poczuła intensywne zimno,
które w okrutny sposób przypomniało jej spotkanie z ghulem. Jej mięśnie stężały. Myśli zmąciły się.
Pomimo zalewającego ją bólu, Camille zrozumiała jednak, że sytuacja jest inna. Tym razem miała do
czynienia z rysunkiem, nie była bezsilna. Zmobilizowała całą energię do walki.
Jej Wola jak maczuga uderzyła dążenia Ts'żerców, ból odpłynął i Camille odzyskała zdolność ruchów.
Przygotowała się na pojawienie się jakiegoś realnego przedmiotu, ale nic się nie zmaterializowało.
Bronią Ts'żerców była czysta moc. Uderzyli ponownie i Camille zacisnęła zęby. Na jej czole pojawiły
się krople potu, ale nie była w stanie krzyczeć. Walczyła, żeby zachować panowanie nad ciałem i
umysłem, tak jakby cztery potwory starały się...
Ależ tak! Ts'żercy chcieli ich spetryfikować! Więc to w ten sposób postąpili ze Skrzepłymi! Obok niej
jej towarzysze już pozbawieni byli zdolności ruchu. Tylko Salim, uczepiony jej ramienia, został przed
tym uchroniony. Korzystał z osłony, którą instynktownie utworzyła wokół siebie. To odkrycie dodało
jej odwagi i wzmocniło Wolę. Presja wywierana przez Ts'żerców na jej umysł była ogromna, ale
udawało jej się ją powstrzymywać!
Zanurzyła się w głębinach swej duszy, by wydobyć najmniejszą cząstkę Mocy, i powoli odepchnęła
atak. Nienawiść złowrogich stworzeń uderzała ją niszczycielskimi falami, oparła się im jednak. Mogła
prawie zobaczyć lśnienie muru energii o kilka centymetrów od niej, po czym nagle rysunek
eksplodował. Camille poczuła się wolna.
Salim obok niej zadrżał. Pozostali, zatrzymani gwałtownie w pół kroku, pozostali nieruchomi. Ts'żercy
postąpili naprzód. Camille przebiegł dreszcz na widok kościanych ostrzy skrzyżowanych przed ich
owadzimi torsami. Przygotowała się do rzucenia się w Zwoje i przerażającej walki, gdy znany jej
dobrze odgłos szabli wyciąganej z pochwy spowodował, że się wzdrygnęła.
Będziecie musieli kontynuować sami odezwał się Edwin.
-Ale... Ty...
Fechtmistrz rzucił okiem na Ts żerców, którzy się zatrzymali, i pozwolił sobie na uśmiech.
Jestem Przygranicznym, synem Merwyna - powiedział.
- Myślisz, że dlaczego bracia tych jaszczurów zginęli od ostrza mojej szabli w lesie Barai'1,
zamiast użyć swojej Mocy? Ich rysunki nie wywierają żadnego wpływu na ludzi mojej krwi. Ts'żercy
dobrze o tym wiedzą. Dalej, teraz uciekajcie!
-Ale to niemożliwe! - zaprotestowała Camille. - Nie możesz walczyć sam!
Zrób, co do ciebie należy, Ewilan, i pozwól mi zająć się Ts'żercami. Nie zapominaj, że został ci
jeszcze Strażnik i że
bez obrazy - Salim, będziesz musiała zmierzyć się z nim sama.
Camille westchnęła głęboko i postąpiła krok w tył. Edwin przeniósł uwagę na Ts'żerców. Koło niego
Ellana,
Artis i mistrz Duom pozostawali nieruchomi, z rysami twarzy zastygłymi w wyrazie bolesnego
zaskoczenia. Camille znowu postąpiła krok do przodu. Fechtmistrz posłał jej zaniepokojone
spojrzenie, ale wykonała uspokajający ruch ręką, po czym rzuciła się w Zwoje. Wiedziała dokładnie,
czego chciała, i zajęło jej to tylko kilka sekund. Złapała następnie dłoń Salima i pociągnęła go w
kierunku mostu nad przepaścią.
- Do zobaczenia - rzuciła do Edwina.
Mężczyzna nie odpowiedział.
Cała jego uwaga skupiała się na czekającej go walce. Przed sobą trzymał najpiękniejszą szablę, jaką
[ Pobierz całość w formacie PDF ]