[ Pobierz całość w formacie PDF ]

trafiła na schodki, które wyprowadziły ją na pokład. Tutaj skierowała się do
 głównego salonu", jak go wcześniej nazwał Harlan. Jeszcze z zewnątrz,
przez okno, zauważyła, że jej zbawca siedzi przy stole i coś czyta. Zbliżyła
się. I zadumała. Bo Harlan wyglądał tak jakoś... normalnie. Najwyrazniej
zniknęła gdzieś dotychczasowa szarość z jego twarzy. Aadnej twarzy, musiała
dodać. W oczach - o ile mogła to zaobserwować - nie było już wyrazu
chorobliwego znękania.
A co on czyta? Przekrzywiła głowę. Przeglądał jakiś kolorowy magazyn
pona
ous
l
a
d
an
sc
lotniczy. Artykuł - podeszła bliżej - o coraz powszechniejszym dostępie do
prywatnych awionetek. Czyżby jego protektor, właściciel  Seahawka", miał
takie hobby? Musi to być bardzo bogaty człowiek, pomyślała. Przydałby się
ktoś taki na sponsora jej przytuliska dla zwierząt.
Zrobiła jeszcze parę kroków i stanęła na progu  salonu". Zapukała we
framugę otwartych drzwi.
- Dzień dobry.
Wydało jej się w pierwszej chwili, że Harlan się wzdrygnął,
zaskoczony. Było to jednak chyba złudzenie. W istocie obdarzył ją od razu
szerokim, promiennym uśmiechem, takim, jak jeszcze nigdy dotąd.
- Witaj - powiedział. - Zapraszam na kawę.
- Zaspałam - zrobiła skruszoną minę. - Jest już prawie południe.
- Wcale nie zaspałaś - pokręcił głową. - Nawet dziwię się, że tak
wcześnie wstałaś, biorąc pod uwagę, o której wczoraj się położyliśmy. A
raczej dzisiaj.
- Ale ty już od dawna jesteś na nogach.
- Ja zdążyłem się wczoraj zdrzemnąć jeszcze przed tobą. Zanim
odwiedzili cię nieproszeni goście.
- A! - Podeszła do blatu kuchennego i sięgnęła po naczynie z kawą. -
A jak twoje plecy? - zapytała.
- W porządku - powiedział z niedbałością, która Emmie wydała się
nieco wymuszona. - Do kawy są precle. Mamy też płatki. W lodówce są
jakieś konserwy, dżemy... Na gorąco nic niestety nie zrobiłem.
- Drobiazg - uśmiechnęła się. - Wypiję tylko kawę. W ogóle nie
jestem głodna.
- Jak to?
pona
ous
l
a
d
an
sc
- Wczoraj zjadłam bardzo pózną kolację w kantynie. Pokiwał głową.
Kiedy podeszła do stołu, odsunął dla niej nogą krzesło. Emma usiadła.
Umoczyła usta w kubku i zaczęła badać spojrzeniem pogodę za oknem. Za-
chmurzone niebo zaczęło się właśnie przecierać. Błysnęło słońce.
- Myślałam, że będzie dziś padało - powiedziała.
- Też tak myślałem. Ale przez ostatni miesiąc najwyżej zanosiło się na
deszcze, raz czy dwa. I tyle.
Kawa była rozkoszna, dobrego gatunku i Emma nie tylko ją piła, ale też
wdychała.
- Dzięki za gościnę. - Spojrzała na Harlana. - Tam, na  Pretty Lady",
pewnie w ogóle bym dziś nie zmrużyła oka.
Odpowiedzią było charakterystyczne wzruszenie ramion. Emma
zdążyła się już przyzwyczaić do  mowy ciała", którą z upodobaniem
posługiwał się McClaren.
- No i ten prysznic - dodała. - Co za luksusy. Tym razem uśmiechnął
się do niej. Znów dziwnie promiennie. Po czym jego twarz przybrała wyraz
jakby zdziwienia tym, że umie się właśnie tak uśmiechać.
Wielka niespodzianka, pomyślała, popatrując spod oka. Któżby zgadł,
że to ten sam człowiek, który jeszcze parę dni temu wydawał się esencją
ponuraka, kimś potłuczonym przez los, mężczyzną chorym. Dzisiaj jest... jest
po prostu przystojny. Co go tak odmieniło?
Zamiast gubić się w domysłach, postanowiła dalej pić swoją kawę.
Rozejrzała się dokoła.
- Piękna łódz - powiedziała.
- Owszem - zgodził się krótko.
Czekała, że może zaproponuje jej teraz oprowadzenie po jachcie. Ale on
pona
ous
l
a
d
an
sc
nic już nie dodał. Złożył kolorowe czasopismo. Emma odczytała na okładce
tytuł:  Miesięcznik Lotniczy".
- Umiesz latać? - zapytała.
- Uhm. Mam licencję - odpowiedział, znów ją zaskakując. Zdała sobie
sprawę, że oczekiwała najwyżej zapewnienia, iż jest kibicem awiacji.
I tak zagadka goni zagadkę, przemknęło jej przez głowę. Zdaje się, że
już nic nie wiem o McClarenie. Wszystkie przypuszczenia na jego temat, jak
dotąd, zawodzą.
- Słuchaj - odstawiła kubek z kawą - a może jesteś też właścicielem
tego jachtu? Co?
Przyglądał jej się uważnie przez moment. Zrozumiał, że ona chyba
ironizuje, zważywszy opinie, jakie krążą o nim tutaj, w tej przystani.- Nie, to
nie moja łódz - odrzekł poważnie. - Jestem tu jedynie dzięki uprzejmości
właściciela.
Przyjęła to do wiadomości.
- Przyjemna ta uprzejmość - powiedziała.
- Uhm. I właściciel jest przyjemnym facetem.
Na tym rozmowa się urwała. Emmie, która uważała się za osobę raczej
bez kompleksów towarzyskich, zaczęło być nieswojo. Jednak dziwny
człowiek z tego McClarena. Niepokojący.
Co ja tu właściwie robię? - zastanowiła się. Powinnam jak najszybciej
sprzedać  Pretty Lady". Sprzedać jak najszybciej.
- To najpierw musiałabyś ją trochę odremontować - odezwał się
Harlan, uzmysławiając jej, że przed chwilą myślała na głos.
Uśmiechnęła się, stropiona.
- Aatwo ci to mówić, bo znasz się na łodziach. A ja... - Wdzięczna była
pona
ous
l
a
d
an
sc
sobie, że owo  co tu właściwie robię" nie było wymierzone przeciw
komukolwiek.
Choć przecież było wymierzone. Oczywiście. Przeciw niemu.
ROZDZIAA DZIEWITY
Harlan przyłączył się do skrobania i malowania Pretty Lady". A w
trakcie roboty ni stąd, ni zowąd zapytał:
- Właściwie czym się zajmujesz, jeśli wolno wiedzieć? Naprawdę
potrzebujesz tych paru centów za łajbę kuzyna?
Pytanie wydało jej się obcesowe, chociaż było okazją do pogadania o
czymś ciekawszym niż tylko o pogodzie albo o zasadach konserwacji sprzętu
wodnego. Wokół tego krążyły ich dialogi w ciągu ostatnich godzin.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - Odgarnęła włosy z czoła. - No dobrze. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • spraypainting.htw.pl